niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 3

***Oczami Shai***


Już od progu szpitala czuć było ten specyficzny zapach lekarzy oraz sterylnych przyrządów. Nigdy go nie lubiłam, ale skoro muszę.
Sięgnęłam po telefon do tylnej kieszeni, znowu mój nadgarstek przeszył ból. ,,Kurde, nie ta ręka” pomyślałam. Jake wszedł do szpitala zaraz za mną, rzucił mi krótkie: ,,Usiądź” i podbiegł do recepcji. Zaczął szybko mówić coś do recepcjonistki, a kobieta za ladą spojrzała znudzona w moim kierunku. Chłopak wyciągnął z kieszeni swoich czarnych bermudów, jakąś kartę. Pokazał ją kobiecie, a ta patrząc na nią zdumiona, od razu zaczęła szybciej coś pisać oraz podniosła słuchawkę telefonu lekarskiego. Chyba do kogoś dzwoniła, gdy rozmawiała, piłkarz podszedł do mnie i usiadł obok.
- Za chwilę przyjdzie po ciebie lekarz.
- Och… Ok, ale co ty jej pokazałeś, że od razu zaczęła inaczej się zachowywać?
- A to tylko taka karta Barcelony, mają ją członkowie klubu, to coś jakby dowód.- Wyciągnął tę kartę i podał mi ją. Rzeczywiście wyglądała jak dowód, ten sam kształt i wielkość. Jednak kolor było inny, niebieskobordowy. Standardowo: zdjęcie, dane osobowe, ale był tam też wpisany klub oraz pieczątka i podpis prezesa. Oddałam mu ją wstając. Zbliżał się do nas lekarz, jego wzrok zwrócony był to na mnie, to na chłopaka.
- Dzień dobry! Zapraszam państwa za mną. – Powiedział, gdy podszedł do nas, po chwili odwrócił się i skierował się ku korytarzowi po lewej stronie. Poszliśmy za nim. Po paru metrach otworzył drzwi do jednego z gabinetów i puścił na przodem. Weszłam do środka, Jake za mną, a lekarz na końcu zamykając za nami drzwi. Pokój był nie duży, jasnobeżowy. W centrum stało drewniane, duże biurko, zasłonięte w połowie papierami. Były tam dwa okna przysłonięte przeźroczystymi, delikatnymi firanami. Na parapetach stały kwiaty, a pod ścianą trzy, wysokie, aż po sufit regały częściowo zasłonięte kolorowymi, opisanymi segregatorami. Lekarz kiwnął głową na krzesła przed biurkiem, a sam zasiadł na dużym krześle obrotowym, naprzeciwko nas.
- Tak, więc proszę mi opowiedzieć co się stało?
- Och… więc siedziałam z przyjaciółką na trybunach, a on – Wskazałam na Jake ’a – miał akurat trening i po prostu zagadałam się tak, że nie widziałam, że piłka poleciała w naszym kierunku, moja ręka była oparta o sąsiednie krzesło, a piłka trafiła w mój nadgarstek i tyle.
- No dobrze, proszę podać rękę. Mocno boli? Spuchła?- Zapytał oglądając moją rękę.
- Boli nie bardzo, ale często pojawia się taki przeszywający ból, nadgarstek spuchł, ale nic po za tym.
- Chyba to tylko obicie, ale wyślę was na prześwietlenie. Sala 114, korytarze dalej w prawo, drugie drzwi od końca. Proszę wejść, ja zaraz się tam pojawię.
           W ciszy trafiliśmy do nie dużej Sali z kilkoma urządzeniami. Do środka wszedł lekarz. Kazał mi położyć rękę przy jednym z urządzeń, odwracał ją kilka razy i zarządził poczekać dwadzieścia minut na korytarzu.
I tak mijały kolejne minuty, siedzieliśmy w ciszy. Po jakichś piętnastu minutach Jake odebrał telefon, podał mi go do ręki, okazało się, że dzwonił mój brat. Pytał co się mi w końcu stało, czy coś już wiemy i czy przyjechać. Na wszystkie pytania odpowiadałam przecząco, gdy przed nami pojawił się lekarz. Kolejny raz udaliśmy się do jego gabinetu.
- Proszę nie mieć takiej miny Pani…- Zerknął na kartki, której trzymał w ręce.- Pani Gomez. Naprawdę nie ma się czym martwić. Usiądźcie. – Wskazał ręka krzesła, a my spoczęliśmy na nich, na tych, na których siedzieliśmy ponad trzydzieści minut temu. Sam usiadł na swoim fotelu obrotowym.
- Proszę Pani, wszystko jest dobrze, nadgarstek jest tylko mocno obity, nic poza tym się nie stało.- Gdy to powiedział odetchnęłam z ulgą. – Jednak zalecam stosowanie dwa razy dziennie, przez tydzień maści, którą Pani przepisałem. Ból ustąpi, jeśli jednak po tygodniu ból i opuchlizna nie ustaną, wtedy nie zwłocznie przyjedźcie do szpitala. Życzę więc państwu miłego dnia.
- To dobrze, dziękujemy, do widzenia. – Odpowiedziałam szczęśliwa. Jake mruknął ciche pożegnanie, ale gdy naciskałam na klamkę, aby otworzyć drzwi, usłyszałam za plecami słowa lekarza:
- Ach… Panie Evans, mógłbym Pan, tak, no, tylko podpisać mi to zdjęcie?- Evans? Zdziwiłam się, jednak spojrzałam za siebie. Jake podszedł do mężczyzny i markerem podpisał jakiś zdjęcie w gazecie. Ach… no tak to nazwisko Jake ’a. Jake Evans. Ładnie.
    W końcu wsiedliśmy do samochodu. Byłam zmęczona, ale cieszyłam się, że nic poważnego mi się nie stało. Maść kupiłam w aptece, w szpitalu.
- No to gdzie cię tak właściwie zawieść, do domu? Bo trening kończy się za jakieś dwadzieścia minut, chyba, że chcesz.
- Sama nie wiem, raczej do domu. – Podałam chłopakowi adres i wyjechaliśmy z parkingu.
- Ale wiesz co? Mam inną, lepsza propozycję. Co powiesz na kawę? – Uśmiechnął się do, odwzajemniłam uśmiech.
- W sumie to dobry pomysł, więc gdzie jedziemy?






#Olalalala

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz